Szukaj
  • Pstrykowisko

Gonić za marzeniami, czyli jak trafiłam do Norwegii

Chyba każdy z nas ciepło wspomina dzieciństwo i marzy, by jego reminescencje kiedyś powróciły, w ten czy inny sposób. Mnie kojarzy się ono z prawdziwymi zimami, jakie bywały w czasach, gdy do paszportów wbijano pieczątki z Czechosłowacji, ZSRR i NRD, C.S.Lewisa i J.R.R.Tolkiena się czytywało, a nie oglądało, a w Masywie Śnieżnika było biało i mroźno od listopada do kwietnia. Małe dziewczynki marzą też o długogrzywych konikach, pluszowych kotkach i puchatych pieskach, ale chyba żadna nie ma złudzeń, że kiedyś będzie zarabiać na życie szczotkując całą tę ferajnę...

Są jeszcze marzenia dorosłe, bardziej dojrzałe, spełniane od czasu do czasu dużym nakładem środków lub cudownym zbiegiem okoliczności: zajrzenie do wnętrza aktywnego wulkanu, szalony galop po atlantyckiej plaży, jachtostop na Morzu Andamańskim… Na koniec zostają nam te największe, niespełnione. Jak dla mnie: zobaczyć zorzę polarną.

Zaczęło się pierwszego września, od zagadkowej wiadomości od Kai: „Hej, nie chciałabyś popracować zimą w Norwegii”? Niespełnione marzenia zakotłowały się w głowie, nie pozwalając nawet na chwilę zastanowienia. Pewnie dlatego pierwsza rozmowa telefoniczna z przyszłym szefem odbyła się dość enigmatycznie, bez pytania o finanse (z mojej strony), ani kwalifikacje (z jego):

Ja: - Często miewacie tam zorze polarne?

Svein: - Kilka razy w roku. Znasz się na koniach?

Ja: - Daję sobie radę. Macie dużo śniegu?

Svein: - Zwykle od metra do dwóch. Kiedy możesz przylecieć?

Jak widać obie strony wiedziały czego chcą: spełniać kolejne marzenia (ja) i pracownika na zimę (Svein).


Poleciałam w grudniu. W miarę pokonywanych kilometrów w kierunku północnym temperatura spadała, a widoczność malała z powodu śnieżycy. Sven na powitanie machnął tylko ręką wokoło, wskazując tym gestem śnieg, wiatr i mróz jednocześnie, po czym flegmatycznie i bez cienia emocji w głosie stwierdził: "Welcome to Norway...". Skoro już przyszło rozmawiać o pogodzie, opowiedziałam mu, że od wielu lat białe i zielone święta w Polsce zamieniły się miejscami, bo w Boże Narodzenie jest ciepło i pada deszcz, a w Wielkanoc często sypie śnieg. Svein nie pozostał dłużny:

- My w Norwegii mamy białą zimę i zieloną zimę, tylko że biała trwa dziesięć miesięcy, a zielona dwa.

- Aaale jako to, co to jest ta zielona zima? - zapytałam nie podejrzewając pułapki.

- Lato.


W nowej pracy nie było lekko. Najpierw rozkazano nakarmić fiordy z ręki. Później, z norweskiego leśnego kota trzeba było wyczesać pół kota lasu. Na koniec dnia dostałam uprząż na biodra i dwie smycze, a końcu których znajdowały się dwa białe misie. W uszach zabrzmiała melodia z lat dawno minionych: "Hej dziewczynoooo! Spójrz na misiaaaa!". Spojrzałam na misie, misie spojrzały na siebie i nie bacząc na przyczepionego do końca ich smyczy człowieka ruszyły rączym kłusem na zamarznięte bagna, w śpiącą pod śniegiem tajgę. Myśli nieuczesane kołatały mi się po głowie, klatkę z piersiami przepełniała wdzięczność, bo przecież nagle miałam wokół siebie i zimę jak z dzieciństwa, i koniki, pieski i kotki do oporządzenia w ramach obowiązków służbowych, tylko gdzie ta zorza…?


Od tamtej chwili minęły ponad trzy lata. Mimo obietnic szefostwa, że zorzę na tej szerokości geograficznej widać przynajmniej dwa-trzy razy w roku, jakoś się ze swoim marzeniem mijałam. A to pojawiła się dzień po moim wyjeździe, a to aktywność słońca była obiecująca, ale niebo było zachmurzone, a to aparat jakąś poświatę rejestrował na długim czasie naświetlania, ale gołym okiem nic nie było widać… Nie spodziewałam się fajerwerków, ale może chociaż łuna na horyzoncie? Svein w całym swoim życiu tylko raz widział zorzę na tyle intensywną, że sięgała aż po południowy horyzont, więc jakie ja miałam szanse?


To był jak dotąd najtrudniejszy tydzień w Norwegii. Niedospana, rozdarta wewnętrznie, stęskniona za Polską, czekałam już tylko na kilkudniowy urlop. Późnym wieczorem, gdy miałam ostatnie pół godziny przed snem tylko dla siebie, telefon plumknął dziwnym dźwiękiem: ani to What’s App, ani Messenger… co jest? Aplikacja Aurora wyświetliła komunikat, że zorza może być widoczna w mojej obecnej lokalizacji. „Jak to, przecież przewidywane KP wynosiło tylko dwa”, pomyślałam, ale wyszłam przed chatkę. Chwilę potem biegłam już w piżamie, ze statywem pod ręką i aparatem dyndającym na szyi na łąkę sąsiada, bo właśnie zaczynał się spektakl, jakiego najstarsi Sveinowie nie pamiętali. Dość powiedzieć, że zorza była nie tylko na północnym widnokręgu, ale i na południowym, wschodnim i zachodnim. Była zielona, żółta, purpurowa, tańczyła układem światła i kolorami. Zmęczenie i zniechęcenie zniknęły, nie czułam chłodu, tylko przestawiałam statyw… dziesięć sekund… pstryk!... odszumianie… zmiana kadru… piętnaście sekund… pstryk!... Minęło wiele godzin, ale dopiero gdy magiczny taniec na niebie osłabł, poszłam do chatki. Zasypiając w kilka sekund po uderzeniu głową w poduszkę, zdążyłam jeszcze pomyśleć, że czas najwyższy wymarzyć sobie coś nowego. Przecież nie chodzi o to, by złapać króliczka, prawda?






#aurora #northernlights #zorzapolarna #polkawnorwegii #polacywnorwegii #pracawnorwegii

36 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Bóg istnieje